W dniu 5 września 2020 w Archikatedrze Warszawskiej odbyła się uroczysta Msza św. z okazji jubileuszu 50-lecia pracy muzycznej w Kościele ks. prof. Andrzeja Filabera. Mszy przewodniczył  kard. Kazimierz Nycz. Relację z uroczystości można obejrzeć na stronie www Archidiecezji Warszawskiej

Homilię wygłosił ks. prałat Wiesław Kądziela. Podkreślił w niej  wielkie znaczenie muzyki sakralnej w celebracji liturgii.
Poniżej zamieszczamy pełen tekst homilii.

Jubileusz 50-lecia ks. prof. Andrzeja Filabera 5 września 2020 – archikatedra św. Jana Chrzciciela w Warszawie

„Patrząc wstecz na moje życie, dziękuję Bogu, że niczym towarzyszkę drogi dał mi muzykę, która zawsze była dla mnie pokrzepieniem i radością. Dziękuję również tym, którzy od pierwszych lat lat mego życia, prowadzili mnie do tego źródła inspiracji i pogody ducha”.To są słowa papieża seniora Benedykta XVI, odsłaniające głębię jego wrażliwej duszy; ale też obrazujące wszelkie natchnienia ludzi starających się zrozumieć, co znaczy „harmonia mundi”, czyli dla wszystkich muzyków związanych z Panem Bogiem i Kościołem.

Znaczenie muzyki nie wyczerpuje się w codzienności, ona daje nam coś więcej  – „jej dźwięki przenoszą nas jakby do innego świata i wprowadzają harmonię do naszego wnętrza. zaznawszy dzięki temu chwili pokoju, możemy popatrzeć jakby z góry na tajemnicze sprawy, które człowiek stara się rozszyfrować, a które światło wiary pomaga nam lepiej zrozumieć. Możemy sobie wyobrazić, że historia świata jest jakby wspaniałą symfonią, którą skomponował Bóg i której on sam, jako mądry Dyrygent, kieruje. Nawet jeśli partytura niekiedy wydaje się nam bardzo złożona i trudna, On ją zna od pierwszego do ostatniego taktu. Naszym powołaniem nie jest przejęcie batuty Dyrygenta, a tym samym zmienianie melodii według własnego upodobania. Mamy natomiast, każdy z nas na swoim miejscu i na miarę swych umiejętności, współpracować z wielkim Mistrzem w wykonaniu Jego wspaniałego arcydzieła. W trakcie jego wykonywania dane nam będzie pojmować stopniowo wielki zamysł Bożej partytury.” Tyle papież Benedykt.

Stary i Nowy Testament wiele miejsca poświęca śpiewaniu i graniu na instrumentach na cześć Pana Boga, Któremu „przystoi pieśń chwały”., A takie określenia biblijne jak: Chwalcie Pana na cytrze; śpiewajcie Panu pieśń nową; będę Ci śpiewał i grał, chwało moja, brzmią w uszach nawet człowiekowi, który z rzadka zagląda do Pisma świętego. Niektóre ze 150 psalmów w tytule posiadają wskazówkę na jaką melodię, oczywiście dziś nam nieznaną, dany psalm wykonać i jakiego użyć instrumentu. Każdy instrument wymyślony i wykonany przez ludzi jest godny Boga, ale instrumentem niezastąpionym jest  g ł o s  c z ł o w i e k a, vox Humana. Śpiewał Jezus i apostołowie, czego ślad mamy do dziś w Ewangelii św. Mateusza: „Po odśpiewaniu hymnu wyszli ku Górze Oliwnej” /26.30/. Było to tuż po Ostatniej Wieczerzy, czyli przed męką i śmiercią Jezusa. Apostoł Paweł wzywa wyznawców Chrystusa, którzy zbierają się w oczekiwaniu przyjścia swego Pana, aby wspólnie śpiewali  „psalmy, hymny,  pieśni pełne ducha” /Kol 3, 16/.

Śpiew bowiem według rozumienia Kościoła jest: „RADOSNYM WZRUSZENIEM SERCA”. Tak było za czasów apostolskich. Ślady śpiewania nie zachowanych do dziś hymnów posiadamy w pismach św. Pawła. Jeden z nich to pieśń na cześć światłości Chrystusa: „Zbudź się, o śpiący i powstań z martwych, a zajaśnieje ci Chrystus” /Ef 5, 14/. Drugi zachowany we fragmencie hymn o intronizacji Chrystusa znajdujemy w pierwszym liście do Tymoteusza /3, 16/: „Ten, który objawił się w ciele usprawiedliwiony został w duchu, ukazał się aniołom, ogłoszony został poganom, znalazł wiarę w świecie, wzięty został w chwale”. Śpiewał całym sercem Kościół za czasów tak wielkich postaci jak św. Ambroży i św. Augustyn. Liczne ślady wzruszeń tych wielkich Ojców Kościoła, spowodowanych pięknem rodzących się za ich czasów śpiewów, posiadamy do dziś w ich pismach. Spod pióra wielu tych ludzi, często anonimowych, wychodziły wspaniałe hymny ubrane w rozmaite stopy metryczne i przyozdobione muzyką, w której można było odnaleźć wpływy synagogalne, greckie i rzymskie. Wiele tych tekstów przetrwało i do dziś zdumiewają swoją dostojną powagą, ukryte nieco za kurtyną języka łacińskiego, którym porozumiewał się świat i Kościół starożytny. To właśnie św. Augustynowi zawdzięczamy to stwierdzenie: „jeśli kto miłuje, ten śpiewa”. A już w starożytności stało się przysłowiem, że „kto dobrze śpiewa, podwójnie się modli”.

Przez całe wieki brzmiał podczas uroczystych liturgii wzniosły chorał gregoriański. Chorał do dziś pozostaje dziełem frapującym. Choć kłócą się rozmaici muzycy o sposób jego wykonywania, pozostaje on nie tylko przedmiotem podziwu, ale staje się ciągle inspiracją do czerpania niebotycznych natchnień z tego zdumiewającego skarbca Kościoła. Dziś mamy liturgię w języku zrozumiałym, a co za tym idzie śpiewy towarzyszące liturgii również wykonujemy po polsku. Ale na szczęście mamy już za sobą takie rozwiązania, kiedy niektórzy po Soborze Watykańskim II chcieli układać wszystko po nowemu – bez łaciny i bez chorału. Przypominają się tu słowa ks. Henryka Nowackiego, który w tej właśnie katedrze, w jej przedwojennym wydaniu, wprowadzając zalecany przez św. Piusa X chorał, gdy przyszła fala niezrozumiałej niechęci do niego, mawiał: „Chorał jest jak stara panna, którą każdy podziwia, a nikt wziąć nie chce.” Dziś chorał gregoriański jest dziełem chronionym.

Wszystkie, podkreślam – w s z y s t k i e  dokumenty Kościoła na temat muzyki i śpiewu liturgicznego, począwszy od dokumentów II soboru watykańskiego, stawiają chorał na pierwszym miejscu. Przypomnę tylko p. 41 wprowadzenia do mszału rzymskiego: „Wśród cieszących się równym szacunkiem rodzajów śpiewu pierwsze miejsce winien zajmować ś p i e w  g r e g o r i a ń s k  i  jako własny śpiew liturgii rzymskiej”. I tu rodzi się pytanie: Czy zatem nie było by dobrze, dbając o „klimat modalny”, zadbać bardziej o to, by psalmy responsoryjne podczas liturgii słowa, były wykonywane do gregoriańskich melodii, tych znanych od wieków ośmiu tonów psalmowych, a nie do bardzo udziwnionych domorosłych kompozycji. Niestety, aż nadto roi się się w tym względzie od „nietrafionych” utworów, których autorzy zapomnieli o tej podstawowej sprawie, że melodia jest służebnicą tekstu. Wykonanie psalmu podczas liturgii – to nie okazja do popisu wokalnego. Nawet w bazylice św. Piotra o tym zapomnieli, uprawiając „Bell canto”! A chorał gregoriański uczy pokory w tym względzie.

I jeszcze jedna sprawa. To repertuar towarzyszący ślubom zawieranym w kościele. Ze zdziwieniem przeczytałem w zeszłą niedzielę w tygodniku „Idziemy” niewielką notatkę: Nie zdradzę o jaką kurię chodzi, „………kuria diecezjalna dementuje: nie istnieje lista tzw. zakazanych piosenek, których wykonanie jest zabronione podczas Mszy świętych ślubnych i nigdy takiej listy nie było”. Czyżby już wszystko było dozwolone? A tymczasem zalewa nas fala komercyjnej szmiry! „O tempora, o mores” „Hannibal ante portas”

Jubilacie drogi, księże profesorze Andrzeju! Od wielu lat zasiadasz w komisjach dbających o to, by prawodawstwo muzyki kościelnej było nie tylko znane, ale również respektowane podczas liturgii. Uczysz tego w Studium Organistowskim, na podstawie Twoich opracowań również w wielu seminariach przyszli księża poznają to prawodawstwo. Serdecznie Ci za to dziękujemy. Może przyjdą takie czasy, gdy (cytując z dzisiejszej liturgii słowa św. Pawła) wszyscy będą „mogli zrozumieć, że nie wolno wykraczać ponad to, co zostało napisane” /1 Kor 4, 6/.

Wszyscy byśmy sobie życzyli, by wierni nasi będąc na Mszy św. wiedzieli, że wspólny śpiew i recytacja podczas liturgii są i c h  f u n k c j ą  w ł a s n ą, jak określają dokumenty Kościoła, i by czynili to z „radosnym wzruszeniem serca”. Obyśmy wszyscy potrafili się przestawić w swoim rozumieniu liturgii, że nie chodzi tylko o jej j „muzyczną oprawę”, ile o „muzyczną służbę liturgiczną”. A więc - od „brzmienia” do „znaczenia”.

Wszyscy muzycy – świeccy i duchowni, chórzyści i kantorzy, w mitrach, sutannach, togach profesorskich, czy strojach chórowych muszą wiedzieć, że LITURGIA, to potężna pieśń chwały Chrystusa i Jego Kościoła, która krążąc w żyłach odkupionego świata chrześcijańskiej Europy, pozwoliła mu wydać z siebie dzieła prawdziwie wielkie. Musimy o tym pamiętać zwłaszcza w czasach, gdy twórczość ludzka zapomina, co znaczy być sztuką – bo zapomniała, co znaczy być „ancilla Liturgiae”.

Chryste Ukrzyżowany, Cudowny z katedry warszawskiej, związany z naszym miastem na dobre i na złe – ucz nas z wysokości swego Krzyża, co znaczy służyć Bogu całym sercem, co znaczy mieć w sobie „ducha liturgii”. Amen.

Ks. Wiesław Kądziela

FEDERACJĘ CAECILIANUM WSPIERAJĄ